Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Stronę najlepiej oglądać w przeglądarce Mozilla Firefox, w rozdzielczości min. 1024/768.

Historia



Początki osadnictwa w rejonie podbabiogórskim

Początki zasiedlenia oraz zagospodarowania kotliny suskiej powiązane są z akcją kolonizacyjną książąt oświęcimskich. Brak pieniędzy, ubóstwo zmusiło ich do wynagradzania dworzan i rycerstwa ziemią, za ich usługi.

Z powodu braku środków finansowych książę Jan I oddał swoje księstwo w 1327 r. w lenno czeskie. Za co otrzymał od Jana Luksemburczyka (1296-1346) pomoc finansową. Miało to decydujący wpływ na losy nietkniętej dotąd ziemi puszczy babiogórskiej, bowiem Czechy były pod panowaniem dynastii Luksemburskiej, panującej także w Niemczech. Kazimierz Wielki dostrzegł niebezpieczeństwo jakie mogło zagrażać stolicy Polski - Krakowowi ze strony cesarstwa niemieckiego graniczącego z Polską w odległości jedynie 60 km od Krakowa na linii Skawinki i Skawy. Postanowił umocnić granicę i zagospodarować puszczę.

Najstarsze osady tego regionu założył dworzanin z Bieńkowic (Beszkowic), Mikołaj Żegota, otrzymawszy od księcia oświęcimskiego, Jana I, ogromne obszary w dolinie środkowego biegu Skawy. Powstają Zembrzyce w 1333 roku, a następnie nasza miejscowość. Krzeszów, którego nazwa pochodzi od słowa "krzesać" musiał zostać założony pomiędzy rokiem 1333 a 1340, gdyż jak podaje ks. prof. B. Kumor w "Dziejach diecezji krakowskiej" w 1340 roku liczba mieszkańców Krzeszowa wynosiła 150 osób. Natomiast w granicach księstwa lanckorońskiego powstaje Budzów w 1369 r. oraz Maków 1378 r. Na punkcie granicznym pomiędzy dwoma księstwami w 1405 roku powstanie Sucha - późniejsza stolica "Państwa" suskiego. Tak więc Krzeszów jest jedną z najstarszych wsi na terenie dawnych dóbr suskich. Posiada także jedną z najstarszych parafii regionu podbabiogórskiego. Dziejom krzeszowskiej parafii poświęciłem osobny rozdział, gdzie także serdecznie zapraszam.


Zbójnictwo

Na terenie państwa suskiego w 1720 roku wydano rozporządzenie, według którego poddani nie mogli wyjechać za granicę na okres dłuższy niż cztery tygodnie. Jeżeli ktoś przebywał na obczyźnie dłużej niż rok, tracił prawo do ojcowizny. Nakaz ten musiał zostać wprowadzony, gdyż podani pod pozorem wyjazdu za granicę przyłączali się do grup rozbójniczych. Zbójnictwo góralskie rozwijało się również w naszym rejonie. Sprzyjała temu bliskość granicy, tradycja oraz kryjówki trudne do odkrycia. Do rozwoju zbójnictwa przyczyniła się odziwo działalność Mikołaja Komorowskiego, który rządził "państwem żywieckim" od 1608 roku. Mikołaj Komorowski bezprawnie usuwał chłopów z bardziej urodzajnych ziem, a opornych okrutnie karał. Poddanych nie stać było na otwarty bunt, dlatego zbójnicy zyskiwali coraz większą popularność.

Najsłyniejszym "krzeszowskim Janosikiem" był Jakub Targosz. Niestety tym razem nie sprawdziło się powiedzenie: "złego diabli nie biorą". Za rabunki jakich dokonał w Suchej został skazany na ścięcie, a następnie poćwiartowany. Może nie typowo zbójnicki tryb życia, ale równie ciekawy, prowadziła pewna krzeszowska niewiasta. O jej dokonaniach możemy przeczytać w "Dziejopisie żywieckim" - pisownia oryginalna:

[1698]

Tegoż roku die 7 Februarii [7.II.] Agnieszka Barankowicowa o zabicie męża swego, którego śpiącego i napitego drewnym w głowę uderzywszy, w Krzeszowie zabiła, a potym porąbawszy go siekierą w piecu w nocy spaliła i kości zagrzebała i tłuszczem z niego w kaganku świeciła. Za co tamże w Krzeszowie egzekwowana, będąc jej ręka ucienta, ścięta, a potym spalona.


Jak to dawniej w Krzeszowie pleban ludzi karał...

W wiekach XVII i XVIII prawo karne dostosowane do własnych potrzeb stworzył Kościół Katolicki. Nawet na polskich prowincjach, takich jakim było "Państwo Suskie" władza księdza nad ludnością wydawała się wręcz nieograniczona. Lęk przed karą, jaka mogłaby zostać ściągnięta przez księdza na niepokornego parafianina, stanowczo zapobiegał sprzeciwianiu się jego woli. Kary jakie wymierzali lokalni dostojnicy kościelni nie były tak drastyczne jak te, wydawane przez miejscowe sądy, jednak były one często niewspółmierne do wyrządzonej szkody. Wśród najczęściej stosowanych wymienić można: zakucie w "kuny", leżenie krzyżem w kościele lub stanie pośrodku kościoła z przedmiotem kradzieży. Przed kościołem w Krzeszowie przymocowane były kuny żelazne. Był to słup drewniany z wrzeciądzem żelaznym (szyną wygiętą do nałożenia skazańcowi na szyję), albo klamry umocowane w ścianę kościoła, w które wsuwano szyję skazańca. Do kun wsadzano parobków i dziewki za niemoralne życie, za kradzieże, za nieuszanowanie rodziców, a czasem był to wyraz osobistej zemsty proboszcza na nieposłusznym mu parafianinie. Zdarzały się przypadki, że skazaniec musiał siedzieć w kunie przez dwie lub trzy niedziele podczas całego nabożeństwa, a czasem i cały dzień. Kary te ośmieszały ofiarę, lecz i jednocześnie demoralizowały ją, zatracały u niej wstyd, wyrabiały obojętność, zatwardziałość oraz chęć zemsty. Oznaką jurysdykcji proboszcza nad parafianami były owe kuny, wbite w budynek kościelny. Zasięg tej jurysdykcji był tak olbrzymi, że nawet wójt gromadzki mógł być zakuty w kuny, przy czym proboszcz mógł lżyć go i obiecywać, że dołoży mu jeszcze kijami. Przykładem, jaki obyczaj panował w odnoszeniu się proboszcza wiejskiego do chłopów i jak proboszczowska jurysdykcja wyglądała, jest zdarzenie z roku 1720 z Krzeszowa. Według sądowej inkwizycji obraz zajścia wyglądał następująco. Bractwo kościelne z Krzeszowa urządziło procesję do kościoła w Suchej. W procesji tej brał udział także wójt Krzeszowa, który w tym bractwie był "najstarszym bratem i podskarbim". Gdy procesja z Suchej wróciła do Krzeszowa, nie zastała proboszcza, a że kościół był zamknięty, więc złożyła pod dzwonnicą obrazy i chorągwie. Gdy jednak chłopiec organisty przyniósł klucze i odemknął drzwi do kościoła, zniesiono tam owe rekwizyty, po czym wójt kościół zamknął i wziąwszy klucze poszedł do domu. Na trzeci dzień okazała się potrzeba ochrzczenia dziecka. Wysłano do wójta po klucze. Wójt w towarzystwie dwóch sąsiadów przyszedł do plebana i kładąc klucze na stół, tłumaczył się i przepraszał, iż wcześniej kluczy zwrócić nie mógł, bo nie było go w domu. Pleban wziąwszy klucze -jak stwierdza protokół zeznań świadka -"wraził mu ich za pazuchę i kazał mu pójść kościół odmykać, besztając go słowy nieuczciwymi. Wójt poszedł z sąsiadami, powiesił klucze na wrzeciądze kościelnym. I.M.X. [Jego Mość Ksiądz] Pleban, przyszedłszy, wziąwszy wójta jedną ręką za piersi, drugą za łeb, wsadził go do kuny." Potem wszedł do kościoła, porachował komunikaty i oświadczył, że mu ich brakuje szesnaście. Po ochrzczeniu dziecka wrócił na plebanię. Sąsiedzi litując się nad wójtem, chodzili gromadnie prosić plebana, by wójta z kuny wypuścił, lecz bezskutecznie. Wójt siedział w kunie od rana aż do popołudnia, sczerniał w niej, a sąsiedzi wodą go oblewali, bo mdlał. Świadek Walenty Wątroba próbował interweniować u proboszcza, ale ten postraszył go strzelbą. Drugi świadek, Wojciech Żmija, "kiedy kijów na wójta szukali już wójta nie odstępował, obawiając się, żeby go w kunie kijem nie bito, tak jak wyrażano". Wreszcie po południu pleban zwolnił wójta z kuny, wygrażając mu laską. Od bicia wójta wyprosił go dopiero urzędnik krzeszowski. Przy tej sposobności dostało się również trochę wymyśleń i urzędnikowi, który jako świadek zeznał, że pleban wołał pod jego adresem: "w zamku sprawiedliwości nie czynią, uczynię ją sobie sam, czyli cię Pan Bóg czy diabeł przyniósł, bo ja bym był wójtowi dobrze boki obłożył." Zajście to stało się powodem wytoczenia sprawy sądowej nie proboszczowi o gwałt, popełniony na wójcie, lecz wójtowi... o przytrzymanie kluczy kościelnych! Wzmianki o zakończeniu tego niezwykłego procesu "Księga sądowa gromad Państwa Suskiego" nie zawiera. Wspominane już wielokrotnie kuny wykorzystywane były nie tylko przez miejscowych plebanów, ale posługiwały się nimi także sądy gromadzkie. W "Państwie Suskim" karę tą stosowano bardzo często. W roku 1699 Jan Lenarcik za kradzież 20 snopów jęczmienia, w czasie pożaru u Walentego Burego, zasądzony został na siedzenie w kunie "przez niedzielę i poniedziałek za szyję, zboże trzymając na sobie, a to dlatego, aby drudzy widząc, kajali się". Zaś niejaki Wojciech Bednarczyk za ukradzenie dwóch kos z kosiskami Klimkowi Smolcowi został skazany na siedzenie w kunie ze wspólnikami kradzieży, trzymając na szyjach kosy i kosiska. Oba przypadki zdarzyły się w Krzeszowie, a skazani "odsiadywali" wyrok oczywiście w kunach krzeszowskiego kościoła. Podobnie jak niejacy Karczowie skazani za kradzież serów z szałasów, którzy mieli siedzieć przez trzy niedziele "w kunie za szyję przez całe nabożeństwo wszyscy czterej, ojciec z synami, ser i faski na szyjach, mając, a że kuna tylko jedna jest, tedy łańcuchem na szyję jeden w kunie, a drudzy powiązani w przy kunie powinni być". Prawidłowości wykonania wyroku doglądali przysiężni, leśni i sołtys krzeszowski. Choć to tylko niewielki wybór z wielu opisanych przez dawne kroniki wydarzeń, obrazuje jak wielka była jurysdykcja księdza proboszcza. Surowość kar, strach przed ośmieszeniem wśród gromady, a nawet wyłączeniem z niej, sprawiały, że wśród mieszkańców nikt o zdrowych zmysłach nie przeciwstawiał się woli miejscowego plebana. Ten fantazyjny system środków represyjnych wobec "przestępców" może dziś budzić bądź to dreszcz emocji, bądź w niektórych przypadkach uśmiech. Kto wie, może któryś z naszych przodków doświadczył na własnej skórze kun krzeszowskiego kościoła?


XIX-wieczne górnictwo w Krzeszowie i Targoszowie

Wędrując z Krzeszowa za znakami żółtymi w kierunku Leskowca lub zielonymi w rejon Łamanej Skały, po krótkiej wędrówce dotrzemy na niezbyt okazały szczyt nazywany Gronikiem. Tam znajduje się ogrodzona małym, drewnianym płotkiem okazała kapliczka kolumnowa. Niejednego turystę pewnie wprawi w zdziwienie patronka kapliczki, a jest nią św. Barbara, a także napis informujący, że kapliczkę ufundowali górnicy. Czyżby pod koniec XIX wieku, kiedy ufundowano kapliczkę, już z tych stron ludzie wyjeżdżali za chlebem na Śląsk i Zagłębie by pracować jako górnicy węgla? Bynajmniej nie! W XIX wieku jednym z podstawowych zajęć mieszkańców Krzeszowa i Targoszowa, poza rolnictwem, stała się nowa specjalizacja... górnictwo rud żelaza. Okoliczne wzgórza, głownie te położone między Krzeszowem a Targoszowem (Harańczykowa Góra, Gronik, Groniki), obfitowały w rudy żelaza. Nie była to ruda wysokiej jakości, ani o dużej zawartości żelaza, jednak jej łatwość wydobycia sprawiły, że rozpoczęto wydobycie niemal na masową skalę. Rudy żelaza znajdowały się na płytkiej głębokości, dlatego też jej wydobycie nie nastręczało wielu kłopotów i było dość tanie. Dla sporej części ludności wydobycie rud stało się źródłem utrzymania. O wielkości złóż i skali wydobycia świadczy choćby fakt, iż 50 % przetapianej rudy w suskich kuźniach, gdzie najczęściej trafiał urobek, pochodziła właśnie z tych terenów. Złoża rud darniowych zmuszały górników do ciągłych poszukiwań. Pokłady eksploatowano za pomocą dziesiątków małych szybików, kopanych zwykle obok siebie. Ich głębokość wynosiła od dwóch do nawet kilkunastu metrów! Przypominały one wyglądem nieocembrzone studnie z pozostawionym na wierzchu kołowrotem do wyciągania drewnianych wiader napełnionych nie tylko rudą, ale i również ziemią. Ziemię wysypywano na kupy przez co powstawały niewielkie kopce. Rudę ładowano na wozy i wieziono do hut w Hucisku, Ślemieniu, Stryszawie lub Suchej. Praca w szybie była bardzo niebezpieczna. Ziemia często uwoziła się i wielokrotnie dochodziło do groźnych wypadków. Uratowani spod zwałów ziemi górnicy dziękowali swej patronce fundując później kapliczki. Dwie z nich ocalały do dnia dzisiejszego. Specyficzne ukształtowanie terenu sprawiło, że niektóre z szybów kopane były nie pionowo, lecz w głąb zbocza góry. W ten sposób powstawały sztolnie. Jak podają źródła, w 1867 roku ich łączna długość przekraczała 900 metrów! Praca w takiej sztolni była bardzo ciężka i niebezpieczna. Sztolnie nie były stemplowane, a niewielka wysokość korytarzy wymuszała pracę na klęcząco. Pod koniec XIX wieku na Zagłębiu zaczęły pracować wielkie huty, a w góry tania stal mogła dotrzeć wybudowaną wówczas koleją żelazną. W tej sytuacji wydobycie rud stało się nieopłacalne więc go zaniechano, a wiele ze sztolni zasypano. Do dziś w Krzeszowie i Targoszowie znaleźć możemy pamiątki po górnictwie: liczne, zarastające i ledwie już widoczne doły oraz sztolnię, której poszukiwanie, a tym bardziej zwiedzanie zdecydowanie należy odradzić. Za to z pewnością polecić obejrzeniu można wspomnianą na wstępie zabytkową kapliczkę górniczą na Groniku, a także drugą z nich zlokalizowaną na Wieczorkach przy rozstaju szlaku żółtego i zielonego.


Dramat II Wojny Światowej

Według akt umorzenia śledztwa w sprawie deportacji Polaków z Ziemi Żywieckiej w 1940 roku, wysiedlenie mieszkańców Krzeszowa przebiegało w następujący sposób:

Mieszkańców Krzeszowa wysiedlono we wtorek w dniu 8.10.1940 r. w godzinach rannych, padał obfity deszcz. Po dwóch funkcjonariuszy policji porządkowej wtargnęło do wyznaczonych domów, pozwalając zabrać jedynie podręczny bagaż, zawierający głównie odzież. Musiał on być spakowany w worek bądź tobołek, nie wolno było zabierać walizek. Wysiedlonych zaprowadzono na plac w dolnym Krzeszowie. Łącznie zabrano 831 osób (157 rodzin). Ciężarówkami zawieziono ich do szkoły w Suchej. Następnego dnia w czasie rejestracji fotografowano każdą rodzinę, wydano po 20 zł na osobę dorosłą, po czym zaprowadzono wysiedlonych na stację kolejową, skąd pociągiem nr 2233 liczącym 1008 osób wywieziono ich przez Łódź do Ostrowa. Były rodziny, które nie zmieściły się w tym transporcie i te przewieziono ciężarówkami do budynku sanatorium w Rajczy gdzie przez kilka dni, śpiąc na swoich workach czekali na transport. W dniu 12.10.1940 r. zaprowadzono ich na stację w Rajczy skąd pociągiem nr 2215 odjechali do Szczebrzeszyna. Większość rodzin trafiała do okolicznych wsi, a część została zakwaterowana na przedmieściach Szczebrzeszyna. Tym było bardzo trudno o żywność, zdarzało się, że prosili o nieokolicznych mieszkańców, korzystali też z pomocy opieki społecznej."

Skomentuj...


Powrót do góry | Strona główna

media

Księga gości
Mapa Google
Kontakt
Download
Quiz

linki
Strona Parafii
OSP Krzeszów
LKS Żuraw Krzeszów
Parafia Lachowice
kukow.pl
e-beskidy.com
beskid-maly.22web.net
stryszawa.pl
kurierstryszawski.pl
ospkurow.com.pl
stryszawa.ug.pl
huciskopl.republika.pl

sonda
Czy paintball to dobry sposób na spędzanie wolnego czasu?

Tak, grałem i chce zagrać!
Tak ale nie ma pola paintballowego w pobliżu.
Co to jest paintball?
To mało interesujace.
© Copyright by www.krzeszow.org - wszystkie prawa zastrzeżone.